Fatalny występ polskich florecistek na mistrzostwach świata
W czołowej ósemce turnieju florecistek były cztery Włoszki, trzy Węgierki, jedna Koreanka. A Polki? Niestety daleko. – Dziewczyny na pewno powalczą w drużynówce – prorokuje Anna Rybicka, która ze względu na kontuzję do Sanki Petersburga w ogóle nie pojechała.
Kobietom wieku się nie wypomina, ale warto zauważyć, że jeśli wśród florecistów na podium stają młodzi, ledwie dwudziestokilkuletni zawodnicy (trzy dni temu mistrzem świata został 25-letni Niemiec Peter Joppich, medale regularnie na najważniejszych imprezach zdobywają młodsi od niego Włosi Andrea Baldini i Andrea Cassara), to w żeńskim florecie rządzi doświadczenie. Medale tegorocznego championatu podzieliły między siebie te same zawodniczki, które dominowały rok temu w Turynie. Wtedy dość niespodziewanie złoty medal fenomenalnej Włoszce Valentinie Vezzali, wydarła jej rodaczka Margherita Granbassi, brązowe krążki przypadły innej zawodniczce znad Tybru Giovannie Trillini i Węgierce Aidzie Mohamed. Wczoraj w Sanki Petersburgu miejscami zamieniły się jedynie Granbassi z Vezzali. Dla tej ostatniej był to piąty tytuł indywidualnej mistrzyni świata.
Vezzali w lutym tego roku skończyła 33 lata. Trillini, która pamięta jeszcze mistrzostwa świata w Budapeszcie (1991) i igrzyska olimpijskie w Barcelonie (1992), gdzie stawała na podium, ma 37 lat i wcale nie myśli o zakończeniu sportowej kariery. Mohamed, która trzy lata temu w Atenach przegrała z Sylwią Gruchałą olimpijski brąz, urodziła się w 1976 roku. Najmłodsza w tym gronie Granbassi ma „jedynie” 28 lat.
Jeśli spojrzeć na występy polskich florecistek (wszystkie nasze reprezentantki wywodzą się z gdańskiego Sietom AZS AWFiS) z tej perspektywy, to wczorajszy występ wcale nie był tak nieudany, jak można by sądzić. To jednak tylko pozory oraz zabawa w statystyki i liczby. 22. miejsce Gruchały (26 lat), 25. Magdaleny Mroczkiewicz (28 lat), 49. Katarzyny Kryczało (23 lata) i 50. Małgorzaty Wojtkowiak (25 lat) to zdecydowanie za mało.
Największy zawód sprawiła Gruchała, która w swojej drugiej walce – o wejście do czołowej szesnastki – przegrała z Amerykanką Emily Cross 7:15.
– Sylwia oczywiście powinna sobie z nią poradzić, ale to wcale nie była łatwa rywalka. Walczyłam z Amerykanką i wiem, jak trudno z nią wygrać – próbowała tłumaczyć najlepszą polską florecistkę Anna Rybicka (także Sietom), która do Sanki Petersburga nie pojechała tylko ze względu na kontuzję.
- Nie wiem co się stało Sylwii w walce z Cross. Amerykanka być może ją czymś zaskoczyła – zastanawia się Ryszard Sobczak, prezes sekcji szermierczej Sietom AZS AWFiS Gdańsk. – Bardziej obawiałem się jej pierwszego pojedynku z Koreanką Mi Jung Seo (Gruchała ograła ją 15:8 – przyp. red.), która wygrywała kiedyś turniej Pucharu Świata w Gdańsku.
Nie można zapominać, że 21-letnia Cross w tej chwili to zawodniczka pierwszej dziesiątki Pucharu Świata, z kolei Gruchała w tej klasyfikacji zajmuje dopiero 25. miejsce i choćby z tego powodu porażka Polki nie powinna być niespodzianką. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli Gruchała marzy o sukcesach, podobnych do tych, które odnosiła jeszcze trzy (brązowy medal olimpijski), czy cztery (wicemistrzostwo świata) lata temu, to ten pojedynek powinna po prostu wygrać.
Czy podopieczne fechmistrza Tadeusza Pagińskiego stać będzie na rehabilitację i dobry wynik w turnieju drużynowym?
- Dziewczyny bardzo mocno pracowały, i efekt tej pracy na pewno przyjdzie. Może już właśnie w turnieju drużynowym. Z własnego doświadczenia wiem, że po porażce chce się zrewanżować. A po drużynówce ma się zawsze drugą szansę w turnieju indywidualnym – twierdzi Anna Rybicka, która w niedzielę od samego rana będzie trzymać kciuki za swoje koleżanki.